O autorze
Dziennikarz Newsweeka i fotograf filozof, w poszukiwaniu spraw ostatecznych trafiają na najczarniejsze charakterki warszawskich zaułków.

Tekst: Dawid Karpiuk.
Zdjęcia: Marcin Kaczor.
Pomysły, nocne eksploracje i rozmowy o życiu: D.i K.
Występują: D., K., rusałki, bandyci, grabaże, topielice i inni bohaterowie miejskiego folkloru.

Dzwoneczek

Chodziło o miłość.

Chodziło o miłość. Miłość nas przegnała z jednej podejrzanej meliny, w której siadywaliśmy w tamtym czasie, a która zeżarła i wypluła wszystkich niewinnych chłopców takich jak my i każdego z osobna, miłość nas pognała w ciemną noc, miłość, nie ma to jak miłość, miłość to jest to, miłość nas wszystkich załatwi. Otto Graff, dżentelmen o aparycji dziewiętnastowiecznego urzędnika galicyjskiego, fotograf czarodziej zdradzający zamiłowanie do nieletnich dziewczynek wyłącznie w bieliźnie a jeszcze lepiej bez, Otto Graff, piękny chłopiec, niewątpliwie pierwowzór najpiękniejszego z łotrów świata, Otto Graff i jego camera obscura unosząca się na wietrze kiedyśmy spieprzali z tej meliny, jak najdalej od centrum, nie mogliśmy wiedzieć co na nas czeka, im dalej od centrum tym więcej podejrzanych zakamarków, jeśli to miłość nas stamtąd przegnała, wychodzi na to, że musi ona być klątwą wyjątkowo podłą i pozbawioną skrupułów. Lecieliśmy tak długo aż roześmiane gimnazjalistki w krótkich spódniczkach zniknęły za horyzontem, ich pozbawieni języków adoratorzy po trzydziestce z tupecikami na łysych czaszkach patrzyli na nas bez zrozumienia ale z cierpieniem, jesteśmy tylko statystami, mówiły ich rozszalałe spojrzenia, bo jeśli świat się kończy, a niewątpliwie skończy się dziś w nocy, to niech to będzie koniec z klasą. Lecieliśmy aż centrum zostało tylko wspomnieniem tych wszystkich pięknych okropności, które zwykli ludzie robią późnym wieczorem, kiedy myślą, że nikt nie patrzy. Nie zatrzymaliśmy się ani razu do czasu, w którym zaczęła się cała ta historia, puściliśmy, z tym puszczaniem to osobna historia, a więc puściliśmy się w stronę dzikiego zachodu, starzy warszawscy taksówkarze dobrze wiedzą co to dziki zachód i czemu zawdzięcza swoją nazwę, dziki zachód, gdzie kojoty zajęły przedwojenne mieszkania komunalne, po trzy na jedno ze wspólną łazienką na korytarzu, dziki zachód, w którym króluje bezprawie i występek, występni są wszyscy bez wyjątku, ponieważ w obliczu nieuchronnej katastrofy tylko oni mogą jeszcze na coś liczyć, dziki zachód, który oparł się wszystkiemu oprócz nowoczesności, nowoczesność go spodliła i wykastrowała z łotrostwa, przestępczość zorganizowana, której warszawskie ulice zawdzięczają bezpieczeństwo, przegnała wszystkich łotrów z podwórek i bram i zrobiła z nich szemranych biznesmenów, handlarzy i złodziei.

Lecieliśmy aż ostatki dzikiego zachodu zniknęły za nami, nie mówiąc ani słowa i nie oglądając się za siebie, aż ostatnia stara kamienica przy Grzybowskiej, na wschód od Towarowej została za nami, w tej kamienicy mieszkają jeszcze prawdziwe kojoty, stare i wychudzone, kojoty, które nie rozumieją architektury ze stali i szkła, ale nauczyły się drżeć przed ich potęgą i historyczną przewagą, teraz my tu rządzimy małe skurwysyny, szkło i stal strzela do nieba, wy dranie nie macie szans, jak to jest być w innym czasie niż trzeba, stare kojoty wychodzą wieczorami na swoje podwórka studnie, gromadzą się wokół trzepaków i słabo oświetlonych kapliczek, uchylają firanki i wypatrują intruza, a intruzem jest już całe to przeklęte miasto, które za szybko młodnieje, nie poczeka aż kojoty wymrą bezpotomnie, nie czeka na nikogo.

Ostatnie błyski centrum stały się już tylko wspomnieniem, dziś ustąpiło miejsce wczoraj, Otto Graff to wie, to chyba wiatr wyciska mu łzy z oczu, zacięty wyraz twarzy poderżnął gardło jego wrodzonej łagodności, w tej twarzy jest determinacja, lećmy, lećmy, uciekajmy, bo jeśli nikt już nie ma szans, to i my ich nie mamy, tajemnicze kropelki kupione u ulicznego straganiarza bez zębów buzują w naszych żyłach jak szalone, lećmy, lećmy, dziki zachód potrafi jeszcze od czasu do czasu pokazać kły, wiatr dmie jak szalony, jakby chciał zagnać nas z powrotem tam skąd przyszliśmy, nie wpuszcza nas tam gdzie miasto tylko udaje, że śpi, bo miasto nie śpi nigdy, lecz czuwa, z jednym okiem na wpół otwartym, z dymiącą paszczą, o tej porze miasto nie zaprasza nikogo, lećmy na północ, do Okopowej, znajdziemy tam pierwszych ludzi, śpiących i czujnych.

Na Okopowej zostaliśmy tylko przez chwilę, nie dłużej niż było trzeba. Otto Graff, mój wykształcony przyjaciel, doktor nauk przyrodniczych na najznamienitszych uniwersytetach na wschód od Renu, tak więc Otto Graff nie odezwał się ani słowem. Martwiło mnie to, gdyż wśród licznych talentów, doktor posiadł umiejętność przewidywania przyszłości, nie całej, lecz jej poszczególnych, dość specyficznych elementów. Otóż Otto Graff, najprzedniejszy umysł swego pokolenia a także pokoleń poprzednich i niechybnie tych, które dopiero nastąpią, najlepiej znał się na przewidywaniu kłopotów. Te, jak miało się później okazać, spadły na nas w najmniej oczekiwanym momencie, ale intuicja to intuicja, nie należy jej ignorować. Ulicą Okopową przemknęliśmy wzdłuż jej zachodniej ściany unikając światła latarni na ile tylko było to możliwe. Coś kierowało nas dalej, jakaś nieznana siła kazała nam wybierać te, a nie inne kierunki, coś pchało nas do tej strasznej katastrofy, z której, jak miało się wkrótce okazać, żaden z nas nie wyszedł bez uszczerbku. Przecięliśmy Leszno nie oglądając się na dociekliwe spojrzenia tubylców zgromadzonych wokół budki oferującej pokrzepienie po niskich cenach i w promocji, pijanych, lecz czujnych jak czujni potrafią być tylko najbardziej zdesperowani z ludzi. Ich cicha desperacja pognała nas dalej w stronę ulicy Żytniej, która w pewnych kręgach słynie z tego, iż niechcący stała się domem jednej wyjątkowo podłej instytucji. Instytucja ta, niezbyt popularna wśród miejscowych, wyrosła na Żytniej jak rak, przeżarła ją dokumentnie i pozbawiła kolorytu, nieraz próbowano się jej stamtąd pozbyć, lecz najwięksi śmiałkowie polegli w staraniach. Każdego ranka, tuż przed świtem, kiedy sny zwykle zmieniają się w koszmary, spoceni tubylcy rzucają się na swoich posłaniach śniąc o wielkim wybuchu, który zmiótłby to cholerstwo z powierzchni ziemi, oczyścił Żytnią z jej raka, który nie daje ludziom żyć w spokoju. Komendy na Żytniej nie chciał nikt, a jednak postawiono ją tam i stoi do dziś i pewnie stać będzie długo po tym jak ostatni z ludzi wyda swoje ostatnie tchnienie.

Nie zatrzymaliśmy się długo przy komendzie, choć światła jej okien obiecywały bezpieczeństwo, zwłaszcza dla konfidentów i skruszonych, skręciliśmy zaraz na północ w ulicę Karolkową. Odkąd zostałem kronikarzem przygód dzielnego doktora, obowiązek ten spadł na mnie niespodziewanie i nagle, przyjąłem go bez zastanowienia i z poczuciem wielkiego honoru, odkąd więc zostałem towarzyszem jego wędrówek, ani razu nie widziałem w jego nienaturalnie rozszerzonych źrenicach takiej determinacji. Tak jakby znał jakieś starożytne prawdy, o których wszyscy ludzie zapomnieli w obawie o swoje zmysły. Doktor musiał wiedzieć coś, o czym nikt z nas nie chciał pamiętać. Prowadził nas pewnym krokiem przy wysokim żywopłocie, wzdłuż terenu gimnazjum dla młodocianych kryminalistów, wzdłuż zbudowanych po wojnie kamienic, w stronę samotnego budynku przy cmentarzu dla innowierców. Nie znałem wówczas żadnego z powodów, które kazały doktorowi prowadzić nas do cmentarza, ale kategoryczność wydarzeń, które miały potem nastąpić, napełniła mnie jeszcze większym podziwem dla jego przenikliwości.

Dzyń dzyń, dzyń dzyń, dzwoneczki dzwonią jak mur szeroki, najpierw po cichu, niepewnie, jedno dzyń, potem drugie, tak ciche, że równie dobrze to wiatr może płatać nam figle. Ale przecież słyszę to równie wyraźnie jak własne myśli, dzwoneczki przerywają tę dziwną nocną ciszę, która brzęczy w uszach w rytm bijącego serca, dzwoneczki z samego piekła, tak jakby diabeł upomniał się wreszcie o nasze przegniłe łotrostwem dusze, mam was kochaneczki, pamiętam o każdej waszej podłości, a ponieważ popełniliście ich całkiem sporo, dostanie wam się konkretnie, mam tu całą listę waszych postępków, kazałem ją sporządzić pewnemu potępionemu na zawsze skrybie, który za życia miał to do siebie, że pisał wyłącznie kłamstwa, kłamstwo stoi wysoko w spisie małych grzeszków, karzemy je tutaj z pieczołowitością właściwą dla powagi instytucji, za każde z waszych bezeceństw dostaniecie odpowiednią karę, kocioł już wrze, do środka sukinsyny. Doktor patrzy na mnie z powagą adekwatną do sytuacji, z poły płaszcza wyciąga butelczynę podłego wina i podaje mi ją bym się napił, gorzki smak wina, które chciwy sprzedawca niewątpliwie przeżenił wodą zmieszaną z bezeceństwem, jest ukojeniem dla mojej podłej duszy i przeschniętego przełyku, doktor sam bierze sążnistego łyka i wspina się na płot. A więc tu nas prowadziłeś doktorze, tu zagnało nas twoje szaleństwo, tu przyszliśmy w celach ostatecznych i tu to wszystko się wreszcie zakończy. Doszliśmy na północny skraj Karolkowej gdzie oparta o cmentarny mur stoi samotna kamienica. Okrążamy ją wąską ścieżką, unikając światła, w drzwiach klatki schodowej stoi dziecięcy wózek, którym nikt się zajmuje, ponieważ w okolicy mieszkają same łotry, a łotry nigdy nie okradają sobie podobnych, jakieś czujne spojrzenie odprowadza nas w stronę niewielkiego uniesienia za garażami, w miejscu gdzie mur cmentarny zakręca i krzyżuje się ze szkolnym płotem.

Stara Wola, gdzie trawa wiosną jest najbardziej zielona, gdzie ludzie wciąż potrafią żyć, gdzie czas zatrzymał się wiele lat temu, gdzie wciąż można znaleźć zakład fryzjerski reklamujący się eleganckimi perukami na witrynie, stara Wola, gdzie mieszkają ludzie z charakterem, ludzie znający się na życiu i śmierci, stara Wola, która nauczyła mnie co znaczy miłość, a potem na zawsze uwięziła ją we wspomnieniach. Stara Wola gdzie młode dziewczęta mają zgrabne tyłki i smutek w oczach, Wola jak żadne inne miejsce na świecie ceniąca melancholię i samotność. Gdzie klatki schodowe są scenerią miłości, śmierci i narkomanii, wielkich uniesień i jeszcze większych porażek, gdzie dzieci bawią się w cieniu nieszczęść swoich rodziców tylko po to by potem uciec lub wrosnąć w ich życiorysy i na zawsze je powtórzyć, gdzie płacz brzmi tak samo pięknie jak wyznanie miłości. Kiedy doszliśmy do miejsca, do którego prowadził nas doktor, spłynęła na mnie błogość. Nagle zrozumiałem cały ładunek symboliczny tego miejsca, a więc tego właśnie chciałeś doktorze, to chciałeś mi pokazać! Postaram się opisać to miejsce, zdając się na łaskę czytelnika, ktokolwiek odnalazł ten notatnik w zakurzonej skrzyni, ktokolwiek przedarł się przez jego pierwsze strony, wykazał się wyrozumiałością dla ułomności mojego talentu, może więc zostało mu jeszcze trochę cierpliwości.

Ów budynek przy Karolkowej, najdalej wysunięty na północ, od swojej północnej i zachodniej strony otoczony jest murem cmentarzy ewangelickich. Cmentarze powstały tu dawno temu, pierwsi szczęśliwcy znaleźli tu odpoczynek jeszcze w latach 90. osiemnastego wieku. Między zachodnią ścianą budynku a murem cmentarnym znajduje się plac zabaw dla dzieci, a sąsiaduje z nim teren szkoły, schowany między cmentarzem, budynkiem i komendą. Doktor wspiął się na płot, z którego łatwiej było znaleźć oparcie i szybkim susem znalazł się na murze. Skinął na mnie bym zrobił to samo i już zaraz siedzieliśmy na murze cmentarza dyndając nogami i popijając podłe wino, którego podłość cywilizowała się jednak z każdym łykiem. Przed sobą mieliśmy cichy, prawie zupełnie ciemny, bo rozświetlony słabym światłem ledwie kilku zniczy, cmentarz reformowany. Za nami placyk zabaw dla dzieci i szkoła. Wszystko w jednym miejscu, ludzie mogą się tu rodzić, żyć, spać, bawić się, wychowywać dzieci, posyłać je do szkoły, pójść siedzieć, a potem się przekręcić i przy odrobinie szczęścia liczyć na miejsce po sąsiedzku. Strefa życia z jej wszystkimi małymi koniecznościami graniczyła bezpośrednio ze strefą umarłych. -Praca, miłość i odpoczynek, oto trzy filary życia - mówi w zamyśleniu doktor i są to pierwsze słowa jakie wypowiedział od chwili naszej ucieczki. Patrzy przed siebie jakby próbował przebić się wzrokiem przez ciemność panującą na cmentarzu. -Całe życie biegniesz, tylko po to żeby cię potem wsadzili w taki prostokącik - ciągnie dalej, a ja, z podziwu dla jego przenikliwości, nie śmiem nawet oddychać. -To daje perspektywę, a widzisz, drogi przyjacielu, wszystko jest kwestią perspektywy. Wiem, że nie należysz do ludzi uczonych, nie jesteś nawet specjalnie bystry, masz jednak w sobie krztynę cwaniactwa, które cechuje najpodlejszych z ludzi, ufam zatem, że zrozumiesz - milczę w podziwie dla mądrości słów doktora, czuję jak przepełnia mnie wdzięczność za zaufanie, którym mnie obdarzył. -Nasze życie wypełnia walka, namiętności i dramaty, ciągłe wątpliwości nie dają nam spokoju. A jak już jesteś w takim prostokąciku, nic a nic cię nie obchodzi, walki i wątpliwości zdają ci się nic nie znaczącymi wybrykami dziecka. Nikt, nawet ty sam, nie przykłada do nich najmniejszej wagi.
-O czym nas to poucza, doktorze? - pytam nieśmiało, wykorzystując chwilę, w której coraz bardziej rozochocony doktor siłuje się z drugą butelczyną próbując wbić korek do środka za pomocą specjalnie do tego celu przygotowanego patyka. -O niczym. Tylko tyle, że jak umrzesz, okazuje się, że całe twoje życie było bez sensu.



I wtedy rozdzwoniły się dzwoneczki. Doktor z początku ignorował je zupełnie, zajęty sprawami wyższymi i z natury rzeczy bardziej emocjonującymi. Jego czujność stępiała wprost proporcjonalnie do wzrostu energii życiowej i podwyższenia poczucia humoru. Korek trzeciej butelczyny pyknął radośnie, a doktor z satysfakcją przystąpił do inspekcji jej zawartości. Mruczał, charczał, bulgotał i pogwizdywał cichutko. –Widzisz, mój drogi przyjacielu, ludzie tacy jak ja, ludzie, którym udało się połączyć potęgę umysłu i wrażliwość na piękno, tacy ludzie nigdy nie tracą czujności, prawdziwa czujność jest domeną ludzi kulturalnych, dla których coraz mniej miejsca zostało na tym marnym świecie, wyparły nas podłość i bezeceństwa, ale czekaj, czekaj, jeszcze zobaczysz co znaczy klasa i to klasa nie byle jaka, pierwsza klasa, prawdziwe człowieczeństwo, człowieczeństwo pierwszej klasy, to jest to, o kurwa, jakże pociąga mnie dziś myśl o sprawach najbardziej ludzkich, niechbym złapał tę trzynastolatkę, która odprowadzała mnie spojrzeniem kiedyśmy uciekali, spieprzaliśmy gdzie pieprz rośnie, nie ze strachu przed kimkolwiek, lecz ze strachu przed miałkością, powiem ci w tajemnicy, że to jedyne co wzbudza w moim sercu lęk, wszelka marność i brak poczucia humoru, oto najgorsze klątwy naszych czasów, dawaj mi no te gimnazjalistki, które chciałem nauczać, zanim banda łotrów spiskiem i manipulacją przepędziła mnie ze stanowiska nauczyciela literatury w pewnym bawarskim gimnazjum dla dziewcząt, jakże one na mnie patrzyły, Herr Doktor, tak do mnie mówiły, a wszystkie jędrne i wyprostowane, ufne i ciekawe co im tam dziś Herr pokaże. Niestety musiałem w pośpiechu opuszczać Bawarię, gdyż kłamstwo potrafi być potężniejsze od cnoty, przysięgam, oto największa z porażek ludzkości, kłamstwo przeszywa jak strzała, zaraża jak trypr, bez litości i poczucia przyzwoitości, demokratycznie i podle. Jak ludzkość, która wydała na świat Sokratesa i Platona, Horacego i Symonidesa, Hezjoda i Homera, Einsteina i Newtona, jakim cudem ta sama ludzkość znajduje w sobie tolerancję dla kłamstwa, nie potrafię zrozumieć.

Doktor pouczał mnie z pasją o etyce i prawdzie i robiłby to zapewne do rana, gdyby nasze towarzystwo nie zyskało nagle nowego, niespodziewanego kompana. Przyszedł z drugiej strony muru, tej na którą tak bezwstydnie wystawiliśmy stopy, by nimi dyndać nad głowami nieszczęśników, których nic już nie musi obchodzić.
Ubrany był w strój roboczy, utytłany ziemią, w sczerniałych zębach ściskał żarzącego się kiepa, w łapsku o grubych palcach i brudnych paznokciach ściskał latarnię, którą oświetlał sobie drogę. Przez chwilę kluczył pomiędzy nagrobkami, zabawnie, na swoich krótkich nóżkach zakończonych wielkimi stopami, coś tam mruczał do siebie, jakby liczył, wyciągał z tylnej kieszeni roboczych portek notatnik i coś zapisywał, w prawej garści trzymał wielką łopatę i machał ją w rytm kroków.
-Witaj dobry człowieku, co tu robisz o tej porze? – wrzasnął doktor tonem śpiewnym i nieco niewyraźnym, przerywanym czkawką, która męczyła go już od jakiegoś czasu. – Czyżbyś przyszedł posłuchać mojego wykładu? Czyżby w twoim sercu, sercu człowieka prostego i podłego, narodziła się ciekawość, czyżbyś chciał dokonać tego nienaturalnego przeskoku, na jaki decydują się czasem ludzie mali chcąc przez moment rozgrzać swoje puste serca w blasku mądrości? Chodź zatem do nas, wskakuj no na ten mur, niejedną jeszcze butelczynę trzymam w płaszczu, płaszcz to jest wyjątkowy, kupiłem go od pewnego wędrownego handlarza dewocjonaliami, przysięgał, że dzięki specjalnie doszytym kieszeniom w jego wnętrzu, pomieści on więcej cudownych przedmiotów niż trzy zwykłe płaszcze, a cóż jest cudowniejszego od dobrej butelki o smaku grzechu, który jak kwas wyżera z duszy wszelkie bezeceństwa. Sądząc po twojej powierzchowności, jesteś najmarniejszym z ludzi, zwykłym prostaczkiem, takich jak ty jest na tym podłym świecie najwięcej, a ja jako zwolennik demokracji ograniczonej, polegającej na rządach mniejszości, przy jednoczesnym uznaniu prawa większości do życia, uznaję twoje prawo do jednorazowego uczestnictwa w naszej kompanii, siadaj zatem z nami, podam ci nawet dłoń by cię podciągnąć, jeśli tylko oprzesz stopę na tym oto nagrobku niejakiego dziewiętnastowiecznego producenta mąki o niemieckobrzmiącym nazwisku, bez kłopotu dostaniesz się do nas.
Doktor umilkł na chwilę i nastawił uszu.
- Swoją drogą, dobry człowieku, wyglądasz mi na zorientowanego w sytuacji. Powiedz, czyżby w okolicy bawiły się dorodne trzynastolatki, uczennice lokalnego gimnazjum, trochę to dziwna pora, a jednak nie takie rzeczy w życiu widziałem, czyżby te anielice pląsały gdzieś niedaleko dzwoniąc dzwoneczkami by nas do siebie zwabić?

Prostaczek zatrzymał się pod samym murem i spojrzał w naszą stronę. Głos miał nieprzyjemny, niski i schrypnięty, jego płuca i krtań dawno przeżarła smoła, ze wszystkich nałogów nałóg palenia jest najpodlejszy bowiem koniec, do którego prowadzi stoi w absolutnej sprzeczności z elegancją kryjącą się w naturze samego palenia.
- Dzwoneczki dzwonią co noc. Zawsze kiedy nastąpi pomyłka – zaczyna prostaczek. –Istnieje tradycja w moim zawodzie, a muszą panowie wiedzieć, że jest to zawód grabarza, wyjątkowo podły i pozbawiony reprezentacji politycznej, otóż istnieje w nim tradycja ubezpieczenia się od nieszczęśliwych przypadków. Przypadki te zdarzają się jak świat stary, dziś co prawda znacznie rzadziej, lecz wciąż czasem do nich dochodzi. Dawno temu, kiedy ułomności medycyny nie pozwalały z całkowitą pewnością stwierdzić czy człowiek kwalifikuje się już do pogrzebu, czy ledwie cierpi na bezdech bądź śpi głębokim snem, jakim najczęściej śpią ludzie starzy w tych krótkich godzinach między północą a świtem, istniał zwyczaj by ludziom, których rodziny wysyłały na wieczny spoczynek, zapewniać na wszelki wypadek coś w rodzaju ostatniego telefonu. Przywiązywano takiemu sznureczek do palca i chowano do ziemi. Sznureczek musiał mieć więcej niż dwa metry długości, tak, by wystawał na powierzchnię, a do jego drugiego końca dało się jeszcze przymocować dzwoneczek. Jeśli jakimś cudem okazywało się, że zakopany jest zupełnie żywy, mógł pomachać palcem i w ten sposób zadzwonić. Jeśli w okolicy był akurat grabarz i nie był całkiem głuchy ani nieczuły na ludzkie nieszczęście, miał szansę dokopać się do nieszczęśnika, zanim ten udusił się z braku powietrza. Właściwie trudno mi sobie przypomnieć kiedy ostatnio byłem świadkiem takiego przypadku, ale tradycja to tradycja. Tradycja to jedyne co mają ludzie prości, pozbawieni perspektyw oraz reprezentacji politycznej. Tradycja to jedyna broń wąskich grup zawodowych, rekrutujących się spośród ludzi moralnie podejrzanych i urodzonych w najniższych klasach społecznych. Tradycja to jedyne usprawiedliwienie podłości i niezdrowych obyczajów, sami więc panowie rozumieją, że tradycji broni się w niektórych kręgach jak niepodległości.
-Zobacz! – zabulgotał doktor w przypływie solidarności z niziną społeczną. –Ten prosty człowiek jest naszym ratunkiem. Chodź tu do nas kochany grabarzu, napij się z nami i odpocznij, widać, żeś spracowany, co samo w sobie jest dość dziwne, pamiętaj, nocą pracują wyłącznie karaluchy, ludzie w nocy śpią, albo kombinują, w samotności i grupowo.
Wciąż trudno mi myśleć o tym co stało się dalej. Doktor nie ustępował w próbach zwerbowania starego grabarza do naszej kompanii, aż w końcu zirytowany zeskoczył na jego stronę, ciągnąc mnie za sobą. Buchnęło światło, dzwoneczki się rozdzwoniły, aż w końcu zapadła kompletna cisza i ciemność.

I tak oto skończyłem z dzwoneczkiem przyczepionym do palca. Pech chciał, że mimo iż dzwonię nim jak szalony, nikt mnie nie słyszy. Być może stary grabarz dawno już ogłuchł lub pogrążony w alkoholowej malignie tylko śpi w swojej przycmentarnej chatce.
Otto Graff jako człowiek honoru zostawił swój dzwoneczek w spokoju. Milczy od lat, czasem tylko kiedy wiatr porusza jego dzwoneczkiem słyszę jak klnie do siebie i szamocze się, żeby go jakoś uciszyć. Dzwonię więc za nas dwóch. Jeśli ktoś z was wybierze się nocą na Karolkową i wespnie na cmentarny mur po płocie oddzielającym szkołę od niewielkiego placyku, na który młode matki wyprowadzają dzieci, a stare baby o podejrzliwych spojrzeniach spotykają się by ponarzekać na nieszczęścia świata, jeśli ktoś z was kiedyś tam usiądzie z butelką niedrogiego wina, usłyszy mnie. Może nawet sam doktor Otto Graff postanowi zadzwonić.

Trwa ładowanie komentarzy...